Pohl Frederic - Gateway Spotkanie Z Heechami - Jak za dawnych dobrych czas�w


    Tu� przed tym, jak mnie rozszerzyli, odczu�em potrzeb�, kt�rej nie dozna�em od ponad trzydziestu lat i zrobi�em co�, o czym nawet bym nie przypuszcza�, �e jestem zdolny zrobi�. Samotnie nurza�em si� w wyst�pku. Wys�a�em moj� �on�, Essie, do miasta, �eby rzuci�a okiem na kilka swoich plac�wek. Wprowadzi�em komend� nadrz�dn� "Nie przeszkadza�" do wszystkich system�w komunikacyjnych w domu. Wywo�a�em m�j system wyszukiwania danych (a zarazem przyjaciela) Alberta Einsteina i wyda�em mu takie polecenia, �e zacz�� wy� i ssa� swoje kable. A na koniec - kiedy dom by� ju� cichy a Albert niech�tnie, acz pos�usznie, wy��czy� si�, a ja le�a�em wygodnie na kozetce w moim gabinecie s�uchaj�c Mozarta s�cz�cego si� cicho z s�siedniego pokoju, wdychaj�c zapach mimozy dop�ywaj�cy z systemu uzdatniania powietrza, w przygaszonym �wietle - wypowiedzia�em imi�, kt�rego nie wymawia�em od dziesi�tk�w lat. - Sigfridzie von Psych, chcia�bym z tob� porozmawia�.
    Przed chwil� zdawa�o mi si�, �e nie przyb�dzie na wezwanie. I wtedy, w k�cie pokoju przy barku, pojawi�a si� nagle �wietlista mgie�ka i rozb�ysk, i zobaczy�em, �e tam siedzi.
    Nie zmieni� si� przez te trzydzie�ci lat. Mia� na sobie ciemny, ci�ki garnitur, o takim kroju, jaki widuje si� na portretach Zygmunta Freuda. Jego niem�oda, nieokre�lona twarz nie dorobi�a si� ani jednej zmarszczki, a jego jasne oczy nie straci�y ani odrobiny blasku. W jednej r�ce trzyma� fantom notatnika, w drugiej - fantom o��wka - jakby rzeczywi�cie musia� robi� jakie� notatki! I powiedzia� uprzejmie:
    - Dzie� dobry, Rob. Widz�, �e dobrze wygl�dasz.
    - Zawsze rozpoczyna�e� rozmow� od podbudowania mojego samopoczucia - powiedzia�em mu, a on odpowiedzia� s�abym u�miechem.
    Sigfrid von Psych w rzeczywisto�ci nie istnieje. Jest jedynie programem komputerowym do psychoanalizy. Nie istnieje w spos�b fizyczny; to co widz�, jest hologramem, a to co s�ysz� - syntetyzowan� mow�. Nie ma nawet imienia, gdy� "Sigfrid von Psych" to imi�, kt�re ja mu nada�em, bo dziesi�tki lat temu nie potrafi�em rozmawia� z bezimienn� maszyn� o rzeczach, kt�re mnie parali�owa�y.
    - Wydaje mi si� - rzek� pojednawczo - �e powodem, dla kt�rego mnie wezwa�e�, jest fakt, �e co� ci� gn�bi.
    - Zgadza si�.
    Spojrza� na mnie z pe�n� cierpliwo�ci ciekawo�ci� i to by�o r�wnie� co�, co si� nie zmieni�o. Dysponowa�em ju� znacznie lepszymi programami - w zasadzie jednym szczeg�lnym programem, Albertem Einsteinem, kt�ry jest na tyle dobry, �e nie zadawa�em sobie trudu korzystania z innych - lecz Sigfrid by� nadal niez�y. Przeczekuje mnie. Wie, �e to, co k��bi si� w mojej g�owie, potrzebuje czasu na to, �eby da�o si� ubra� w s�owa i nie pop�dza mnie.
    Z drugiej strony, nie pozwala mi traci� czasu na �nienie na jawie.
    - Potrafisz ju� okre�li�, co ci� gn�bi?
    - Mn�stwo rzeczy. Przer�nych - odpar�em.
    - Wybierz jedn� - powiedzia� cierpliwie, a ja wzruszy�em ramionami.
    - �wiat jest taki k�opotliwy, Sigfridzie. Tyle dobrych rzeczy si� wydarzy�o, a czemu ludzie s�... Och, cholera. Znowu to robi�, prawda?
    Mrugn�� do mnie.
    - Co robisz? - spyta� zach�caj�co.
    - M�wi� co�, co mnie martwi, ale nie o to dok�adnie mi chodzi�o. Uciekam od w�a�ciwego problemu.
    - To mi wygl�da na niez�e zrozumienie tematu, Robinie. Chcesz teraz spr�bowa� mi powiedzie�, na czym polega prawdziwy problem?
    - Chc� - odpar�em. - Pragn� tego tak bardzo, �e jestem bliski my�li, �e si� porycz�. Nie robi�em tego od strasznie dawna.
    - Od strasznie dawna nie odczuwa�e� potrzeby zobaczenia si� ze mn� - zauwa�y�, a ja skin��em g�ow�.
    - Tak. W�a�nie tak.
    Odczeka� chwil�, od czasu do czasu powoli obracaj�c o��wek mi�dzy palcami, utrzymuj�c na twarzy wyraz uprzejmego i przyjaznego zainteresowania, ten bezstronny wyraz, kt�ry by� jedyn� rzecz�, jak� pami�ta�em pomi�dzy sesjami, a potem powiedzia�:
    - Rzeczy, kt�re ci� gn�bi�, Robinie, kt�re tkwi� w tobie gdzie� g��boko, z definicji s� trudne do uj�cia. Wiesz o tym. Ju� lata temu doszli�my do tego wsp�lnie. Nic dziwnego, �e przez te wszystkie lata nie musia�e� si� ze mn� widzie�, bo jest oczywiste, �e �ycie by�o dla ciebie �askawe.
    - Bardzo �askawe - zgodzi�em si�. - Pewnie znacznie �askawsze, ni� na to zas�uguj� - czekaj chwil�, czy m�wi�c to nie wyra�am ukrytego poczucia winy? Odczucia, �e co� jest nie tak?
    Westchn��, lecz nadal si� u�miecha�.
    - Wiesz, �e wol�, gdy nie pr�bujesz rozmawia� ze mn� jak psychoanalityk, Robinie. - Odpowiedzia�em mu u�miechem. Odczeka� przez chwil�, po czym kontynuowa�: - Przyjrzyjmy si� obiektywnie twojej obecnej sytuacji. Upewni�e� si�, �e nie ma tu nikogo, kto m�g�by nam przeszkodzi�, albo pods�uchiwa�? Us�ysze� co�, co nie jest przeznaczone dla uszu twojego najbli�szego i najdro�szego przyjaciela? Poleci�e� nawet Albertowi Einsteinowi, twojemu systemowi wyszukiwania danych, �eby si� wy��czy� i usun�� t� rozmow� ze wszystkich zbior�w danych. To, co masz mi powiedzie�, musi pozosta� tajemnic�. Zapewne jest to co�, co odczuwasz, ale kiedy o tym s�yszysz, wstydzisz si� tego. Czy to co� dla ciebie oznacza, Robinie?
    Odchrz�kn��em.
    - Trafi�e� w samo sedno, Sigfridzie.
    - No? To, co chcesz powiedzie�? Potrafisz to wyartyku�owa�?
    Zapad�em si� w fotelu.
    - Masz cholern� racj�, �e potrafi�! To proste! To oczywiste! Cholernie si� starzej�!
    To najlepszy spos�b. Kiedy trudno co� wypowiedzie�, nale�y to po prostu wykrzycze�. To by�a jedna z tych rzeczy, kt�rych nauczy�em si� dawno temu, kiedy wylewa�em m�j b�l na Sigfrida trzy razy w tygodniu, i zawsze dzia�a�o. Kiedy tylko ubra�em to w s�owa, poczu�em si� oczyszczony - nie czu�em si� dobrze, nie czu�em si� szcz�liwy, problem te� nie zosta� rozwi�zany, ale ta kula z�a zosta�a wydalona. Sigfrid skin�� lekko g�ow�. Spojrza� na o��wek, kt�ry obraca� mi�dzy palcami, czekaj�c, a� zaczn� zn�w m�wi�. A ja wiedzia�em, �e te raz mog�. Przebrn��em przez najtrudniejszy moment. Zna�em to uczucie. Przypomnia�em je sobie wyra�nie, z tych dawnych, burzliwych sesji.
    Dzi� ju� nie jestem tym samym cz�owiekiem, co wtedy. Tamten Robin Broadhead cierpia� z powodu �wie�o nabytego poczucia winy, gdy� pozwoli� umrze� kobiecie, kt�r� kocha�. Dzi� to poczucie winy os�ab�o - gdy� Sigfrid pom�g� mi je os�abi�. Tamten Robin Broadhead mia� tak niskie mniemanie o sobie, �e nie m�g� uwierzy�, �e ktokolwiek m�g�by dobrze o nim my�le�, wi�c mia� niewielu przyjaci�. A teraz mam - sam ju� nie wiem, jak wielu. Dziesi�tki. Setki! (O niekt�rych z nich wam opowiem.) Tamten Robin Broadhead nie potrafi� zaakceptowa� mi�o�ci, a od tego czasu prze�y�em �wier� wieku w najlepszym ma��e�stwie, jakie kiedykolwiek istnia�o. By�em wi�c zupe�nie innym Robinem Broadheadem.
    A jednak s� rzeczy, kt�re wcale si� nie zmieni�y.
    - Sigfridzie - powiedzia�em - jestem stary, kiedy� umr�, ale wiesz, co naprawd� doprowadza mnie do sza�u? Podni�s� wzrok znad o��wka.
    - Co takiego, Robinie?
    - Nie jestem nadal wystarczaj�co doros�y, �eby by� tak stary!
    �ci�gn�� usta.
    - Czy m�g�by� to wyja�ni�, Robinie?
    - Tak - odpar�em. - M�g�bym. - W rzeczywisto�ci nast�pna cz�� przysz�a mi �atwo, gdy�, mo�ecie by� tego pewni, du�o nad tym problemem my�la�em, zanim wezwa�em Sigfrida. - My�l�, �e to ma co� wsp�lnego z Heechami - rzek�em. - Pozw�l mi sko�czy�, zanim powiesz mi, �e jestem stukni�ty, dobrze? Pewnie pami�tasz, �e nale�a�em do pokolenia Heech�w; jako dzieci dorastali�my wci�� s�ysz�c o Heechach, kt�rzy mieli wszystko, czego brakowa�o ludzko�ci, i wiedzieli to, o czym ludzko�� nie wiedzia�a...
    - Heechowie nie byli a� tak doskonali, Robinie.
    
    Tu ponownie Albert Einstein. S�dz�, �e powinienem obja�ni� to, co Robin opowiada o Gelle-Klarze Moynlin. By�a, jak on, poszukiwaczk� na Gateway, w kt�rej by� zakochany. Ta dw�jka, wraz z kilkoma innymi poszukiwaczami, wpad�a w pu�apk� czarnej dziury. By�a mo�liwo�� uratowania niekt�rych za cen� �ycia innych. Robin ocala�. Klara i inni nie. To m�g� by� wypadek; by� mo�e Klara altruistycznie po�wi�ci�a si�, by go uratowa�; by� mo�e Robin spanikowa� i uratowa� siebie za cen� �ycia innych; dzi� nie da si� ju� tego ustali�. Lecz Robin, kt�ry by� uzale�niony od poczucia winy, przez wiele lat nosi� w sobie obraz Klary w tej czarnej dziurze, gdzie czas prawie si� zatrzymuje, Klary trwaj�cej w tej samej chwili pe�nej szoku i przera�enia - i zawsze (jak s�dzi�) oskar�aj�cej go. Tylko Sigfrid pom�g� mu z tego wyj��.
    Mo�ecie si� zastanawia�, sk�d o tym wiem, skoro rozmowa z Sigfridem zosta�a zapiecz�towana. To proste. Wiem o tym teraz, w taki sam spos�b jak Robin teraz wie tak du�o o ludziach robi�cych tyle r�nych rzeczy, kt�rych osobi�cie nie ogl�da�.
    

    - Wtedy nam, dzieciakom, tak si� wydawa�o. Byli straszni, bo straszyli�my si� nawzajem, �e wr�c� i nas z�api�. A przede wszystkim, tak bardzo wyprzedzali nas we wszystkim, �e nie mogli�my si� z nimi r�wna�. Troch� jak �wi�ty Miko�aj. Troch� jak ci wszyscy szaleni gwa�ciciele, przed kt�rymi ostrzega�y nas nasze matki. Troch� jak B�g. Rozumiesz, co mam na my�li, Sigfridzie?
    - Tak, rozpoznaj� te uczucia. - Rzek� ostro�nie. - Istotnie, taki spos�b postrzegania ujawni� si� podczas analizy u wielu os�b z twojego pokolenia i nast�pnych.
    - W�a�nie! Pami�tam, �e raz powiedzia�e� mi co� o Freudzie. M�wi�e�, �e nikt nie mo�e tak naprawd� dorosn��, dop�ki �yje jego ojciec.
    - C�, w rzeczywisto�ci... Przerwa�em mu.
    - A ja ci m�wi�em, �e to bzdura, bo m�j w�asny ojciec by� uprzejmy umrze�, kiedy by�em jeszcze ma�ym ch�opcem.
    - Och, Robinie. - Westchn��.
    - Nie, pos�uchaj mnie. A co z naszym najwi�kszym ojcem, jaka istnieje? Jak�e ktokolwiek mo�e dorosn��, skoro Ojciec Nasz, Kt�ry Jest w J�drze Galaktyki, pl�ta si� tam gdzie�, gdzie nawet nie mo�emy go dorwa�, nie m�wi�c ju� o rozwaleniu skurwiela?
    Potrz�sn�� g�ow� ze smutkiem.
    - "Posta� ojca." Cytaty z Freuda.
    - Nie, naprawd� tak jest! Nie rozumiesz tego?
    - Tak, Robinie. - Odpar� ze smutkiem. - Rozumiem, �e m�wisz tu o Heechach. To wszystko prawda. To problem ca�ej ludzkiej rasy, zgadzam si� z tym, i nawet doktor Freud nie przewidzia� takiej sytuacji. Ale teraz nie m�wimy o ca�ej ludzkiej rasie, m�wimy o tobie. Nie wezwa�e� mnie po to, �eby�my bawili si� w abstrakcyjne dyskusje. Wezwa�e� mnie, bo faktycznie czujesz si� nieszcz�liwy, a jak ju� powiedzia�e�, sprawi� to nieuchronny proces starzenia si�. Ograniczmy si� wi�c do tego, je�li tylko potrafimy. Prosz�, nie teoretyzuj, tylko powiedz mi, co czujesz.
    - Czuj� si� - wrzasn��em - cholernie stary. Nie potrafisz tego zrozumie�, bo jeste� maszyn�. Nie wiesz jak to jest, kiedy psuje ci si� wzrok, kiedy na d�oniach pojawiaj� si� br�zowe starcze plamki, a twarz zaczyna ci zwisa� dooko�a podbr�dka. Kiedy musisz usi���, �eby w�o�y� skarpetki, bo jak staniesz na jednej nodze, to si� przewr�cisz. Kiedy za ka�dym razem, gdy zapomnisz o czyich� urodzinach, wydaje ci si�, �e to choroba Alzheimera, a czasem nie mo�esz si� odla� nawet wtedy, kiedy chcesz! Kiedy... - Przerwa�em, nie dlatego, �e on mi przerwa�, lecz dlatego, �e s�ucha� cierpliwie i wygl�da�, jakby mia� s�ucha� przez wieczno��, a jaki w�a�ciwie sens mia�o opowiadanie mu tego wszystkiego? Odczeka� chwil�, �eby upewni� si�, �e sko�czy�em i zacz�� cierpliwie m�wi�:
    - Wed�ug twojej kartoteki medycznej, prostat� wymieniono ci osiemna�cie miesi�cy temu, Robinie. Problemy z uchem �rodkowym dadz� si� �atwo...
    - Przesta�! - krzykn��em. - Sk�d znasz moj� kartotek� medyczn�, Sigfridzie? Wyda�em polecenie, �eby ta rozmowa zosta�a zapiecz�towana!
    - I oczywi�cie tak jest, Robinie. Uwierz mi, ani jedno s�owo nie zostanie udost�pnione innym programom, ani nikomu opr�cz ciebie. Lecz oczywi�cie ja mam dost�p do wszystkich twoich zbior�w danych, tak�e zapis�w medycznych. Czy mog� kontynuowa�? M�oteczek i kowade�ko w twoim uchu �rodkowym dadz� si� �atwo wymieni� i to rozwi��e problemy z r�wnowag�. Przeszczep rog�wki pozwoli na pozbycie si� za�my w jej zarodku. Inne kwestie s� czysto kosmetyczne i oczywi�cie nie powinno by� problemu z zapewnieniem ci dobrych, m�odych tkanek. Zatem pozostaje nam wy��cznie choroba Alzheimera i szczerze, Robinie, nie dostrzegam u ciebie �adnych jej objaw�w.
    Wzruszy�em ramionami. Odczeka� chwil� i rzek�:
    - Zatem ka�dy z problem�w, o kt�rych wspomnia�e� - jak r�wnie� ka�dy z d�ugiej listy innych, o kt�rych nie wspomnia�e�, a kt�re pojawiaj� si� w twojej medycznej kartotece - mo�e by� rozwi�zany w ka�dej chwili, albo ju� zosta�o to za�atwione. By� mo�e �le sformu�owa�e� pytanie, Robinie. By� mo�e problem nie polega na tym, �e si� starzejesz, ale na tym, �e nie masz ochoty na zrobienie tego, co jest konieczne, by ten proces odwr�ci�.
    - A czemu, u licha, mia�bym co� takiego robi�? Skin�� g�ow�.
    - W�a�nie, dlaczego Robinie? Potrafisz odpowiedzie� na to pytanie?
    - Nie, nie potrafi�! Gdybym potrafi�, to po co bym ci� pyta�?
    �ci�gn�� usta i czeka�.
    - Mo�e po prostu chc�, �eby tak by�o? Wzruszy� ramionami.
    - Och, daj spok�j, Sigfridzie - przymila�em si�. - No dobrze. Przyznaj� ci racj�. Mam Pe�ny Serwis Medyczny i mog� przeszczepia� sobie organy innych, ile tylko chc�, ale przyczyna tkwi w mojej g�owie. Wiem, jak to nazwiesz. Depresja endogenna. Ale to niczego nie wyja�nia!
    - Ach, Robinie - westchn�� - zn�w u�ywasz psychoanalitycznego slangu. I to slangu niew�a�ciwego. "Endogenna" oznacza tylko, �e "pochodzi z wewn�trz." Nie znaczy, �e nie ma �adnej przyczyny.
    - Co jest wi�c przyczyn�?
    - Zagrajmy w pewn� gr� rzek� z namys�em. - Przy twojej lewej r�ce znajduje si� guzik...
    Spojrza�em; rzeczywi�cie, w oparciu sk�rzanego fotela by� guzik.
    - To tylko element tapicerski - powiedzia�em.
    - Niew�tpliwie, ale w tej grze, w kt�r� zagramy, ten przycisk, w chwili, gdy go wci�niesz spowoduje, �e wszelkie przeszczepy jakich potrzebujesz albo pragniesz, stan� si� faktem. Natychmiast. Po�� palec na przycisku, Robinie. Ju�. Chcesz go wcisn��?
    - Nie.
    - Rozumiem. Czy potrafisz powiedzie�, dlaczego?
    - Bo nie zas�uguj� na to, �eby bra� cz�ci cia�a od innych ludzi! - Nie chcia�em tego powiedzie�. Nie zdawa�em sobie z tego sprawy, A kiedy ju� to powiedzia�em, by�em w stanie tylko siedzie� i ws�uchiwa� si� w echo wypowiedzianych przeze mnie s��w; Sigfrid r�wnie� milcza� przez d�u�sz� chwil�.
    Nast�pnie wzi�� do r�ki o��wek i w�o�y� go do kieszeni, z�o�y� notatnik i w�o�y� go do drugiej, po czym pochyli� si� w moj� stron�.
    - Robinie - rzek�. - Nie s�dz�, abym m�g� ci pom�c. Mamy tu do czynienia z poczuciem winy, na kt�re nie ma sposobu.
    - Ale przedtem tak bardzo mi pomog�e�! - zaj�cza�em.
    - Przedtem - m�wi� spokojnie - sam przysparza�e� sobie cierpie�, z powodu poczucia winy zwi�zanego ze spraw�, w kt�rej prawdopodobnie nic nie zawini�e�, a kt�ra w ka�dym razie nale�y do dalekiej przesz�o�ci. To jest co� zupe�nie odmiennego. Mo�esz jeszcze �y� jakie� pi��dziesi�t lat, przeszczepiaj�c sobie zdrowe organy w miejsce tych, kt�re uleg�y uszkodzeniu. Ale jest prawd�, �e te organy b�d� pochodzi�y od innych ludzi, a z tego powodu, �e ty b�dziesz m�g� �y� d�u�ej, w jakim� sensie inni b�d� �yli kr�cej. Rozpoznanie tej prawdy nie jest neurotycznym poczuciem winy, Robinie, jest tylko uznaniem pewnej prawdy moralnej.
    I to by�o wszystko, co mia� mi do powiedzenia; obdarzy� mnie jeszcze pe�nym uprzejmo�ci i troski u�miechem.
    - Do widzenia.
    Nienawidz�, kiedy programy komputerowe m�wi� mi o moralno�ci. Zw�aszcza wtedy, gdy maj� racj�.
    Musimy jednak pami�ta�, �e w czasie, gdy mia�em t� depresj�, nie by�a to jedyna rzecz, kt�ra si� zdarzy�a. Bo�e, sk�d znowu! Wiele rzeczy zdarzy�o si� wielu ludziom na �wiecie - na wszystkich �wiatach, i w kosmosie pomi�dzy nimi - kt�re by�y nie tylko znacznie bardziej interesuj�ce, lecz tak�e wi�cej znaczy�y nawet dla mnie. Po prostu tak si� sta�o, �e wtedy o nich nie wiedzia�em, chocia� przydarzy�y si� ludziom (lub nieludziom), kt�rych zna�em. Przytocz� par� przyk�ad�w. M�j jeszcze-nie-przyjaciel Kapitan, kt�ry by� jednym z tych szalonych-gwa�cicieli-�wi�tych-Miko�aj�w-Heech�w, nawiedzaj�cych me dzieci�ce sny, mia� si� wystraszy� znacznie bardziej ni� kiedykolwiek ja my�l�c o Heechach. M�j by�y (a wkr�tce zn�w aktualny) przyjaciel, Audee Walthers Junior, mia� w�a�nie spotka�, na koszt w�asny, mojego by�ego przyjaciela (lub nie-przyjaciela) Wana. A m�j najlepszy przyjaciel ze wszystkich (uwzgl�dniaj�c fakt, �e nie by� "prawdziwy"), program komputerowy Albert Einstein w�a�nie mia� sprawi� mi niespodziank�... Jak strasznie skomplikowanie brzmi� te wszystkie zdania! Nic na to nie poradz�. �y�em w bardzo skomplikowanych czasach i w bardzo skomplikowany spos�b. Poniewa� teraz mnie poszerzono, wszystkie elementy uk�adanki zacz�y do siebie pasowa�, a jak zaraz zobaczycie, wtedy nawet nie wiedzia�em, czym s� te wszystkie elementy. By�em samotnym, starzej�cym si� cz�owiekiem, op�tanym �miertelno�ci� i �wiadomym grzechu; a gdy moja �ona wr�ci�a i znalaz�a mnie, siedz�cego w szezlongu, gapi�cego si� na Morze Tappajskie, natychmiast zakrzykn�a:
    - M�w zaraz, Robinie! Co si� u licha z tob� dzieje?
    U�miechn��em si� do niej i pozwoli�em, �eby mnie poca�owa�a. Essie strasznie narzeka. Essie tak�e okropnie mnie kocha i jest kobiet�, kt�r� nale�y kocha� r�wnie mocno. Wysoka. Szczup�a. D�ugie, z�ocisto-blond w�osy, kt�re nosi spi�te w ciasny rosyjski koczek, kiedy jest profesorem albo kobiet� interesu, a kt�re rozpuszcza do pasa, kiedy k�adzie si� do ��ka. Zanim by�em w stanie zastanowi� si� wystarczaj�co d�ugo, �eby to ocenzurowa�, co mam zamiar powiedzie�, wyrzuci�em z siebie:
    - Rozmawia�em z Sigfridem von Psychem.
    - Ach - rzek�a Essie prostuj�c si�. - Och.
    Zastanawiaj�c si� nad tym, zacz�a wyci�ga� szpilki ze swojego koka. Kiedy mieszkasz z kim� przez dziesi�tki lat, zaczynasz go naprawd� zna� i mog�em �ledzi� jej wewn�trzne procesy jakby m�wi�a o nich g�o�no. Pojawi�a si� troska, oczywi�cie, bo odczu�em potrzeb� rozmawiania z psychoanalitykiem. By�a tak�e znaczna ilo�� zaufania do Sigfrida. Essie zawsze odczuwa�a wdzi�czno�� do Sigfrida, bo wiedzia�a, �e tylko dzi�ki jego pomocy by�em w stanie przyzna� si�, �e j� kocham. (A tak�e kocha�em Gelle-Klar� Moynlin, co stanowi�o pewien problem.)
    - Chcesz mi o tym opowiedzie�? - zapyta�a uprzejmie, a ja odpar�em:
    - Wiek i depresja, moja droga. To nie jest powa�ne. Jedynie �miertelne. Jak ci min�� dzie�?
    Przyjrza�a mi si� swoim wszechwiedz�cym diagnostycznym wzrokiem, przeczesuj�c d�ugie blond w�osy mi�dzy palcami, a� rozsypa�y si� lu�no i dopasowa�a odpowied� do swojej diagnozy.
    - Cholernie wyczerpuj�co - odpar�a - na tyle, �e bardzo potrzebuj� drinka - a z tego co widz�, ty te�.
    Wypili�my wi�c nasze drinki. Na szezlongu by�o miejsce dla nas obojga, wi�c patrzyli�my na ksi�yc zachodz�cy nad brzegiem morz� po stronie Jersey, a Essie opowiada�a mi o swoim dniu i delikatnie w�ciubia�a nos w moje sprawy.
    Essie ma swoje w�asne �ycie, i to do�� absorbuj�ce - a� dziw, �e ci�gle potrafi znale�� w nim dla mnie tyle miejsca. Poza inspekcj� swoich plac�wek sp�dzi�a wyczerpuj�c� godzin� w naszym o�rodku badawczym, kt�ry ufundowali�my, by bada� mo�liwo�ci integracji technologii Heech�w z naszymi komputerami. W rzeczywisto�ci wygl�da�o na to, �e Heechowie nie u�ywali komputer�w, je�li nie liczy� prymitywnych maszyn do nawigacji statk�w, ale mieli troch� zgrabnych pomys��w w pokrewnych dziedzinach. Oczywi�cie, to by�a w�a�nie specjalno�� Essie, za kt�r� otrzyma�a doktorat. A kiedy opowiada�a o swoich projektach badawczych, widzia�em, jak jej umys� pracuje: nie ma potrzeby m�czy� starego Robina pytaniami, wystarczy odwo�a� zabezpieczenia programu Sigfrida i b�dziemy mie� pe�ny dost�p do tej rozmowy.
    - Nie jeste� taka sprytna, jak ci si� wydaje - powiedzia�em czule, a ona przerwa�a w �rodku zdania.
    - Wszystko o czym rozmawia�em z Sigfridem, zosta�o zapiecz�towane - wyja�ni�em.
    - Heh. - Zadowolona z siebie.
    - �adne heh - rzek�em, r�wnie zadowolony - bo zmusi�em Alberta, �eby mi to obieca�. Jest tak schowane, �e nawet ty nie mo�esz tego rozszyfrowa� bez przenicowania ca�ego systemu.
    - Hah - powiedzia�a zn�w, obejmuj�c mnie, by spojrze� mi w oczy. Tym razem "hah" by�o g�o�niejsze i mo�na je by�o przet�umaczy� jako "Pogadamy o tym z Albertem."
    Drocz� si� z Essie, ale przecie� j� kocham. Uwolni�em j� od k�opotu.
    - Naprawd� nie chc� �ama� tej piecz�ci - powiedzia�em - bo... no c�, pr�no��. Kiedy rozmawiam z Sigfridem, czuj� si� jak rozmam�any nieszcz�nik. Ale wszystko ci opowiem.
    Odchyli�a si� zadowolona i s�ucha�a, a ja opowiada�em. Kiedy sko�czy�em, zastanowi�a si� przez chwil� i powiedzia�a.
    - I to z tego powodu jeste� za�amany? Bo nie ma zbyt wielu rzeczy, na kt�re m�g�by� czeka�? Skin��em g�ow�.
    - Ale� Robin! Masz przed sob� ograniczon� przysz�o��, ale, m�j Bo�e, jak�e wspania�a jest tera�niejszo��! Galaktyczny podr�nik! Obrzydliwie bogaty nabab! Przedmiot po��dania, kt�remu nie spos�b si� oprze�, dla r�wnie� bardzo seksownej �ony!
    U�miechn��em si� i wzruszy�em ramionami. Pe�na zamy�lenia cisza.
    - Kwestia moralna - przyzna�a w ko�cu - nie jest bezpodstawna. Przynosi ci zaszczyt, �e roztrz�sasz takie kwestie. Te� si� czu�am nieswojo, kiedy ca�kiem nie tak dawno, jak pewno pami�tasz, wpakowano we mnie jakie� �e�skie gluty, kt�re zast�pi�y te zu�yte.
    - Wi�c rozumiesz!
    - Doskonale rozumiem! Rozumiem tak�e, drogi Robinie, �e po podj�ciu moralnej decyzji martwienie si� o ni� nie ma ju� sensu. Depresja jest czym� durnym. Na szcz�cie - powiedzia�a wy�lizguj�c si� z szezlongu, po czym stan�a obok i uj�a moj� r�k� - mamy do dyspozycji doskona�y �rodek antydepresyjny. - Do��czy�by� do mnie w sypialni?
    C�, pewnie, �e bym do��czy�. I tak zrobi�em. I odkry�em, �e depresja mnie opuszcza, je�li bowiem istnieje cho� jedna rzecz, kt�ra sprawia mi przyjemno��, to jest ni� dzielenie �o�a z S. Ja. Laworown�-Broadhead. Sprawi�aby mi przyjemno�� nawet wtedy, gdybym wiedzia�, �e ju� tylko trzy miesi�ce dziel� mnie od �mierci, kt�ra przyprawi�a mnie o depresj�.



Strona g��wna     Indeks